Od Nikity cd. Shinrana
To był zdecydowanie dziwny dzień dla Nikity Albory Springbringer.
Poprzedniego wieczora, ułożywszy się wreszcie do snu, z podłym czarnym kotem na poduszce niedaleko jej posłania, długo nie była w stanie przybić do portów w onirycznych krainach snów. Leżąc, wsłuchana w cichy oddech Kota, obserwowała tańczące na suficie cienie i myślała z brwiami ściągniętymi w skupieniu. Twarz chłopaka nazywanego Shinranem wciąż wydawała jej się jakoś nieznośnie znajoma, choć nie na tyle, by była w stanie umieścić ją w jakimś konkretnym miejscu swojej pamięci. Za każdym razem, kiedy była już pewna że zaraz znajdzie ją i pochwyci, ta z rybią śliskością wymykała jej się spomiędzy palców i znów nurkowała z ocean niepamięci. Łowiła jednak dalej, po kolana w lodowatych wodach skłębionych myśli, gdy w ręce dobrowolnie wskakiwały jej inne wspomnienia, takie których nie chciała w tej chwili pamiętać – zobojętniała matka, okrutny ojciec, brat którego kochała i nienawidziła najbardziej na świecie, Maegara która zastępowała jej ich wszystkich razem wziętych. Odrzucając kolejne maski i odpychając fale, dotarła wreszcie na płyciznę, na której to czego szukała nie mogło jej się już wymknąć – znalazła wreszcie, złapała wspomnienie i wbiła w nie palce by nie mogło już uciec.
Riodor Springbringer, jej ojciec, był osobą samolubną i wyrachowaną, podtrzymującą jedynie te relacje, które były w stanie na dłuższą metę zapewnić mu jakąś korzyść – a jedną z takich właśnie była znajomość z wyjątkowo odrażającym mężczyzną którego nazywał niemal pieszczotliwie Starym Janghuanem. Mężczyzna ten, równie wpływowy co okrutny, miał fortunnie potomków obu płci, w wieku zbliżonym do jego własnych i Springbringer liczył, że jeśli ich interesy będą ze sobą zgodne, ten wystąpi do niego z propozycją mariażu. Młoda Nikita spotkała jego, jak i piątkę jego latorośli na jednym z ekstrawaganckich bankietów wyprawianych sezonowo przez ojca. Z tym właśnie wspomnieniem udało jej się wreszcie połączyć zarówno twarz, jak i imię – nie była w stanie połączyć reszty zasłyszanych wtedy imion z pozostałymi twarzami, ten konkretny człowieczek był jednak charakterystyczny, inny. Pamięta, że wydał jej się cokolwiek żałosny – pomyślała wtedy, że gdyby był jej bratem, Riodor bez mrugnięcia okiem skręciłby mu kark, by nikt nie mógł zarzucić słabości jego krwi, i zaśmiała się sama do siebie na tę myśl.
Dopiero wtedy, po przywołaniu kolejno każdego szczegółu tej sceny, jej umysł był w stanie zaoferować jej trochę spokoju. Wstała późno, otępiała i zdezorientowana widokiem nieznajomego sufitu pod którym spoczywała – i dopiero po chwili, przypomniawszy sobie gdzie i dlaczego jest, była w stanie rozpocząć dzień. Przy śniadaniu, chciała skonfrontować Shinrana ze swoim wczorajszym odkryciem (fakt że nie poprawił jej, kiedy zwróciła się do niego nazwiskiem zupełnie utwierdził ją w przekonaniu, że zidentyfikowała go poprawnie), ale rozproszyła ją obecność zmiennokształtnego medyka, już w swojej ludzkiej formie. Nawet jeżeli pomógł Maegarze, nie była w stanie zmusić się do polubienia tego dziwacznego, pretensjonalnego mężczyzny – wyraźnie traktował ją z góry, a z każdym kolejnym wypowiedzianym przez niego słowem, silniejsze stawało się uciążliwe wrażenie że beztrosko sobie z niej kpi – mimo to, starała się nie okazywać mu widocznej niechęci. Nie pomagał w tym fakt, że jedzenie w jej ustach zmieniało się w drapiący popiół, co jedynie podsycało jej irytację. Dlatego, z ulgą niemalże uchwyciła się swojej wczorajszej obietnicy służby – wszystko, byle nie musiała już dziś widzieć i słuchać Lavera. Miała przeczucie, że jej cierpliwość może się tego dnia okazać wyjątkowo krucha.
Reszta dnia, ku jej uciesze, minęła bez żadnych rewelacji. Ot, medyk dosłownie wypchnął ich za drzwi, poprzepychała się trochę słownie z Shinranem który jak na jej oko nieco zbyt bardzo się nad nią litował (przy okazji dowiedziała się że jego też dotknęła ta klątwa nazywana zmiennokształtnością, co mogło w pewien sposób wyjaśniać co robi na środku niczego), wspólnie zajęli się Wołosem (Janghuan był zadziwiająco dobrze obyty z końmi), wykąpała się w ciepłym źródełku w którym miała ochotę rozpuścić się na tak maleńkie cząsteczki, by nikt nigdy nie zdołał zebrać ich z powrotem w całość, a później zaległa na posłaniu, które mimo protestów Nikity Shinran jej odstąpił - chociaż wcześniej, kiedy przygotowywał dla siebie pościel, zdołała ukradkiem odnaleźć schowaną wczoraj przy drodze Lady Lennox (którą Laver określił jako „paskudny brzeszczot”, przypomniała sobie z irytacją) i ukryć ją na nowo, tym razem wewnątrz, pod łóżkiem. Spała czujnym, płytkim snem pozbawionym majaków – po kilkunastu miesiącach spędzonych w podróży, podczas których musiała stale zachowywać przynajmniej cząstkę uwagi wątpiła, by była w stanie wypoczywać inaczej.
Nie miała pojęcia ile czasu minęło, kiedy jej uszu dobiegł dźwięk, och, tak znajomy. Ktoś płakał, prawdopodobnie zmożony nocnym widziadłem – a przypomnienie sobie, że to nie Maegara, ponieważ Maegary tutaj nie było, zajęło jej zawstydzająco długi moment. Maegara uważała swoje chroniczne koszmary za coś w rodzaju wstydliwego sekretu – dlatego Nikita nie poruszyła się, ani nie dała po sobie poznać że jest świadoma tego co się dzieje, nie wiedząc jak może zaistniałą sytuację postrzegać sam Shinran. Otworzyła oczy dopiero zorientowawszy się, że chłopak sam poszukuje jej wsparcia.
Tak jak tego dnia wiele lat temu, wydał jej się cokolwiek żałosny - drżący, z twarzą mokrą od łez, tulący królika jakby zależało od tego jego życie. Tym razem miała jednak na tyle przyzwoitości, by wstydzić się podobnej myśli. Unosząc się na łokciach, przesunęła się na skraj posłania, po czym poklepała miejsce które w ten sposób powstało. Przysiadł niepewnie na krawędzi łóżka, a wtedy Nikita złapała za materiał szaty otaczający jego plecy i zdecydowanie pociągnęła – ciężko powiedzieć, czy przez zaskoczenie, czy wyczerpanie, dość że w konsekwencji upadł na miękką pościel, z głową na płaskiej piersi Nikity i rękoma wciąż otaczającymi puszyste ciałko oburzonego jej bezczelną bezceremonialnością królika. Nie mogąc znaleźć słów odpowiednich słów pocieszenia po prostu otoczyła go ramieniem i gładziła miarowo jego włosy, mając nadzieję że sama obecność i dotyk drugiego człowieka sprawią, że poczuje się chociaż trochę lepiej – i, ku jej zaskoczeniu, tak w istocie musiało być, ponieważ po jakimś czasie drżenie jego ciała nieco ustało, a płacz powoli wygasał. To, albo po prostu zmęczył się szlochem. W końcu, odezwała się cicho, sennie, nie wiedząc czy swoim komentarzem pogorszy, czy polepszy sytuację, choć mając gorącą nadzieję na to drugie.
- Nie wiem, kogo, przed kim i dlaczego chciałbyś bronić. Nie będę udawać że rozumiem – przymknęła oczy, a rzęsy rzuciły długi cień na jej policzek, oświetlony pierwszym nieśmiałym promieniem wschodzącego słońca, zaglądającym do środka spomiędzy przysłoniętych zasłon – chciałabym jednak, żebyś wiedział, że nie stanie ci się żadna krzywda dopóki tutaj jestem. A będę tutaj, dopóki takie będzie twoje życzenie, Shinranie.
Shinran?


Komentarze
Prześlij komentarz