Od Lennarta do Damoclesa
Lennart podziwiał otaczający go las. Minęło około półtorej roku odkąd zaczął życie uciekinira i wygnańca. Jasnokasztanowaty ogier Arteon okazał się nie tylko wspaniałym towarzyszem bitew, ale i współautorem prozy jego codziennego życia. Później dołączył do nich Taigo, jako wyraz podziękowania od rodziców pewnej młodej chłopki, którą uchronił przed napaścią z rąk jakiś rzezimieszków. Panna była na wydaniu, toteż zaoferowali mu ją jako żonę, lecz grzecznie odmówił tłumacząc, że "właśnie zmierza damy swego serca", dlatego oddali mu jednego z dwóch koni (rzecz jasna starszego, który wyglądał jakby miał umrzeć zaraz po kolacji). Jednak podróż Taigo z Hartmannem okazała się dla niego znacznie łaskawsza niż praca w polu. Co noc mógł godzinami paść się na soczystych łąkach, jego nowy właściciel podkradał dla niego z sady słodkie jabłka, a gdy udało się wykonać jakieś zlecenie otrzymywał nawet nieco owsa. Jednak co najważniejsze był czyszczony z równą staronnością co rasowy Arteon, zatem jego sierść z czasem nabrała blasku, a kopyta przestały gnić. Z czasem Lennart doszedł do wniosku, iż ratując dziewkę, uratował Taigo.
Wspominając nieodległą przeszłość doznał uczucia déjà vu, bowiem ujrzał w krzakach płaczącą, zwniętą w kłębek dziewczynę. Jej nagie plecy pokrywały rany, nie na tyle głębokie by zagrażać życiu, jednak z pewnością pozostawią blizny. Dopiero po chwili zorientował się, że nieznajoma jest zupełnie naga i zapewne dlatego przybrała embrionalną pozycję, chcąc uchronić ciało przed wzrokiem obcych. W swoim batalione, a wcześniej brygadzie, surowo karał wszystkich którzy dopuścili się gwałtu i miał tu na myśli nie tylko gwałt na kobietach, ale i młodych mężczyznach, a także dzieciach, bowiem kroniki bardzo często milczały na temat tego jak wielu rekrutów o "nieboskich" zainteresowaniach zaciągało się do armii, jednak i tak wiedzał, że jeżeli dziewczynę spotkało to o czym myśli, będzie ostatnią osobą, od której chciałaby otrzymać pomoc. Mimo to postanowił zadziałać, nawet jeżeli zostanie zmuszony do zastosowania lekkiej przemocy. Lepiej, żeby to on ją stąd zabrał w bezpieczne miejsce, nawet jeżeli ta będzie się śmiertelnie bać, niż ma natrafić na grupę zbójów, którzy z całą pewnością zabiorą ją może do strzeżonej siedziby, ale z pewnością nie dlatego by ją ochronić.
Nim zszedł z konia wyciągnął z juków wielki koc i dopiero wtedy zeskoczył na ziemię. Dopiero teraz zauważył, iż dziewczyna nie może być człowiekiem. To spowodowało, iż w jego sercu pojawiło się zawahanie. Co jeżeli to przedstawicielka jakieś potężnej rasy,wyłacznie udającą ofiarę? Niepewność została pokonana przez wilczą odwagę basiora, który nie opuszczał jego umysłu od dnia, kiedy spotkali się po raz pierwszy.
-Czy mogę jakoś pomóc?- zaczął, trzymając się na dystans kilku stóp. Nieznajoma powoli, jakby w zwolnionym tępie odwróciła głowę w jego kierunku. Gdy na niego spojrzała nabrał całkowitej pewności, iż nie ma do czynienia z przedstawicielem gatunku ludzkiego. - Mam koc, pewnie jest ci chłodno skoro już zmierzcha.
Nie odpowiedziała. Patrzyła na niego, nie pozwalając sobie nawet drgnąć. Jedynie utkwione w Lennarcie spojrzenie zdradzało, iż bacznie śledzi każdy jego ruch.
-Jestem Lenci- przedstawił się zdrobnieniem jakiego używała jego babka.- Nie chcę zrobić ci krzywdy. Mam konia, więc mogę odprowadzić cię do rodziny.
Dalej nic. Gdy znalazł się wystarczająco blisko zarzucił jej koc na ramiona.
-Co się stało? - zapytał całkowicie zdając sobie sprawę, iż przywołanie wspomnień może wywołać u dziewczyny skrajną histerię, wolał jednak to niż rozmawianie ze słupem soli.
Nieznajoma chwyciła drobnymi dłońmi skraj koca i otuliła się mocniej.
-N.N.N.Niepamiętam-udało jej się w końcu wychrypać. - W.W.W...
-Zaraz dam ci wody - odpowiedział. Mógł zawołać Arteona, lecz nie chciał zwracać na siebie uwagi kogoś znajdującego się w pobliżu. Po chwili wrócił z bukłakiem wody oraz drugim, wypełnionym winem. -Trzymaj. To drugie pomoże ci się szybko rozgrzać nim znajdziemy twój dom. Tylko pij powoli, zgoda?
I tak pochłaniała wodę zdecydowanie zbyt szybko, lecz nie zwrócił jej uwagi. Wydał w tym czasie komendę wierzchowcowi, aby ten położył się na ziemi.
-Dosiądź mojego konia, ja pójdę pieszo by go poprawdzić- zaproponował. Uznał, że to najbezpieczniejszy sposób w razie, gdyby miała zemdleć, a z drugiej strony nie chciał dzielić z nią końskiego grzbietu.
-Nie mogę wstać-powiedziała zrozumialej.- Nie mogę się ruszyć.
Podszedł do niej, delikatnie chwycił za ramiona i pociągnął ku górze. Trzymany resztkami sił koc nieco się zsunął na bok i wtedy zobaczył, iż jej uda są całe zakrwawione. Czyli, niestety, nie pomylił się. Kiedy udało jej się pokonać te kilka kroków dzielące ją od Arteona, Hartmann wyciągnął z juków srebrną klamrę jaką spinał płaszcz podczas parad oraz oficjalnych spotkań towarzyski i zapiął ją nieznajomej pod szyją, czyniąc z koca pelerynę. Następnie wyciągnął parę krótkich lnianych spodni, które wykorzystywał podczas kąpieli.
-Ubierz to. Będzie ci wygodniej. Ptrzytrzymaj się łba i szyi konia.
Oczywiście odwrócił wzrok, jednak po chwili instynktowanie spojrzał w jej stronę, gdy usłyszał głuche łupnięcie. Myślał, iż straciła przytomność, jednak na całe szczęście straciła tylko równowagę.
-Czemu nie trzymałaś się Arteona?- zapomniał, aby nie zaprzętać jej głowy niepotrzebnymi detalami jak imię wierzchowca.
-Nie chciałam go skrzywdzić w razie upadku.
Lennart mimowolnie uniósł nieco kąciki ust. Zderzenie z ciałem tak drobnej istoty z pewnością nie byłoby dla bojowego rumaka tragedią, lecz spodobał mu się ten akt troski. Pomógł jej zasiąść w wielkim siodle, nakazał mocno trzymać się łęku, po czym nakazał Arteonowi wstać. Taigo zdażył już do nich przydreptać wcześniej, nie chcąc przebywać bez swoich towarzyszy.
-Gdzie cię odprowadzić?- zapytał Hartmann.
Dziewczyna przez chwilę milczała, jednak po chwili odpowiedziała:
-Musimy się udać na bagna.
-W porządku. Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać?
Skinęła głową.
-Jak mam się do ciebie zwracać?
Tutaj też się zwachała.
Tutaj też się zwachała.
-Nathair-odparła w końcu.
~*~
Pomost wyglądał na tyle źle, że postanowił zanieść Nathair do drzwi na rękach. Nie chciał, żeby Arteonowi coś się stało, nawet jeżeli nie mieli już brać udziału w bitwach, uraz nogi wierzchowca byłby w ich sytuacji tragedią.
Zastukał do wrót. Otworzyły się natychmiast.
Jeżeli wtedy miał wątpliwości czy Nathair jest człowiekiem, to teraz był zdumiony tym, iż taka istota jak gospodarz tego domu (a przynajmniej zakładał, iż zbitek zdeformowanych tkanek są właścicielami przybytku) było w stanie jakkolwiek funkcjonować.
-Ktoś ty?- zapytał bez ogórdek.
-Lenci. Znalazłem Nathair w środku lasu. Gdy zapytałem ją o drogę do domu, powiedziała, że powinienem kierować się ścieżką w stronę bagien, a dalej sama mnie poprowadziła. Czy jesteś jej przyjacielem?
-Nie - odpowiedział niemal tak samo szybko jak wcześniej otworzył drzwi.
Hartmann westchnął.
-Ale to nie oznacza, że jej nie pomogę.
Lennart spojrzał na niego podejrzliwie.
-Jeżeli wiesz czy ma rodzinę...Mogę ją do niej zawieźć.
Mężczyzna, chyba mężczyzna, zaśmiał się niczym stado ropuch.
-Lepiej od razu przerób ją na kiełbasę, wilczku.
Hartmann niemal upuścił trzymaną na ramionach Nathair.
-A tak, tak, na niewtajemniczonych robi to niesamowite wrażenie- ciągnął właściciel domu. - Uznajmy, że mnie i Nathair łączą sprawy biznesowe, a ja swojemu partnerowi w interesach nie dam wyrządzić krzywdy.
Lennart zerknął na wciąż trzymaną w jego ramionach dziewczynę. Skinęła niemal niezauważalnie głową. Ostrożnie postawił ją na podłodze. Złapała się framugi drzwi i przekroczyła próg.
-Stanie się-powiedziała.- To wszystko się wydarzy.
Damocles?


Komentarze
Prześlij komentarz