Od Damoclesa cd. Nathair
Kiedy kroki elfki na mostku umilkły, Damocles - do tej pory słuchający i obserwujący w nienaturalnym bezruchu - postąpił krok w kierunku siedzącej na blacie kotki.
- Wszystkie światy... - powiedział cicho, do siebie lub może do niej, analizując historię którą usłyszał i ostrożnie wyławiając z niej wszystko, co uznał za istotne. Układał słowa na półkach umysłu jak książki - Dominacja elfów. Potężna magia, czysta krew. Silna krew.
Kotka wreszcie uniosła na niego zielone oczy. Ucałował miękką sierść na jej czole, a później odwrócił się do niej plecami, szukając czegoś w wielu pudełkach stojących na regale. W końcu, wydobył z jednego z nich niewielką, podłużną skrzynkę bez zdobień. Zajrzał, upewnił się że zawartość jest na miejscu - była - po czym, ze skrzynką w rękach, wrócił na swoje miejsce przy zwierzęciu. Wyczuwszy wreszcie poruszenie linii mocy rozpiętej pomiędzy dwoma z pięciu czarnych kamiennych stożków które rozstawił dla ochrony, odbił się od blatu o który się opierał i ruszył w stronę łuku prowadzącego na pomost.
- Być może będziemy w stanie pomóc sobie wzajemnie - rzucił jeszcze do kotki. - Myślisz?
Kotka w odpowiedzi mrugnęła jedynie, nie zdradzając żadnego przejawu myślenia.
Damocles rozpoczął przygotowania do rytuału.
~*~
Wróciła nawet szybciej niż spodziewał się że wróci. Co więcej, przerzucone przez ramię, niosła ze sobą coś, spętane jak przygotowana do wędzenia szynka.
- Bardzo dobrze - powitał ją, ujrzawszy rozsierdzonego bobra niebanalnych rozmiarów - Skurwysyny od miesięcy podgryzają mi most.
Martwa powaga w jego głosie rozbawiła nieco elfkę, a nawet jego samego - cokolwiek ironiczne, by człowiek o jego obeznaniu w problemach pozaziemskich nie był w stanie poradzić sobie z problemami tak banalnie ziemskimi. Gestem zaprosił ją do środka, głową wskazał przejście za dom. Zatrzymała się niepewna, widząc dwa kręgi, dwie spirale znaków wymalowane na ciemnych deskach.
- Stań tutaj, gdzie wszystko się zbiega - poinstruował ją, po odebraniu z jej rąk zwierzęcia. Wziął głęboki oddech. - Dziedzictwo to nie sprawa którą można lekceważyć, to wszystko jest w krwi. Jestem zobowiązany ostrzec cię, że nawet ja nie jestem pewien konsekwencji tego, co zaraz nastąpi. Czy mimo to, chcesz kontynuować?
- Tak - w jej głosie brzmiała niezmienna pewność.
Kiedy zaczął zaśpiew - najpierw cichy, potem coraz głośniejszy - zdawało się, jakby jego głos był jedynym dźwiękiem rozbrzmiewającym na całych bagniskach. Sprawnie unikając ugryzienia, skręcił bobrowi kark - łagodna, łaskawa śmierć - i dobytym z podłużnej skrzynki nożem od czubka ostrza po koniec rękojeści wykonanym z czystej platyny rozciął strategiczne punkty pod szyją i na kończynach trupa by spuścić z niego krew.
Ciemny, niemalże czarny płyn ześlizgnął się leniwie po ostrzu i dzierżących je dłoniach, wsiąknął w napuchnięte od bagiennej wilgoci deski, przez szpary przeniknął do stojącej pod nimi wody - po czym, w sposób podobny do pełzania objedzonej larwy wspiął się na nieznaczną wypukłość farby, którą Damocles wymalował znaki. Przecząc fizyce, samoistnie rozlał się po ciągu linii, cierpliwie zmieniając ich kolor - aż w końcu, po pojedynczym symbolu łączącym je, przepełz z jednego kręgu na drugi, tworząc skomplikowane wzory dookoła stóp elfki. Damocles wreszcie skończył inkantację - a cisza która zapanowała po wybrzmieniu ostatniej plugawej sylaby była zupełnie martwa.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, czując jak krew powoli wyciekająca z jego nosa wypełnia zagłębienia jego blizny, tak jak krew zwierzęcia wypełniła przed chwilą narysowane zawczasu glyfy. Elfka uniosła dłoń, czując na własnej twarzy żelazistą wilgoć. Kręgi pulsowały, emanując subtelną egzoplazmatyczną poświatę.
Wtem, jakby samo niebo pękło w pół zerwała się gwałtowna wichura, która targnęła nie tylko ich włosami i ubraniami, ale i całymi nimi. Drewniany pomost zadrżał w posadach, stając się okiem huraganu - a kiedy wiatr z przeraźliwym zwierzęcym wizgiem zawężał się dookoła nich, krwawiący już nie tylko z nosa, ale także z oczu i ust Damocles upadł na kolana i w obydwu dłoniach uniósł nóż ponad siebie. To ów nóż, skąpany w krwi czarnoksiężnika i jego ofiary zdawał się ściągać gniew natury - a wystawiony swobodnie na jego działanie, począł gwałtownie go pochłaniać. Kolumna rozpędzonego powietrza uformowała trąbę na jego wierzchołku, po czym stopniowo w niego wniknęła.
Kręgi wygasły jak ostatnie dopalające się okruchy żaru płomienia.
Kiedy było po wszystkim, wprawne oko mogło dostrzec nienaturalne ciepłe, czerwonawe zabarwienie, odmienne od wcześniejszej zimnej barwy noża. Elfka z pewnością nie zdołałaby użyczyć jednego, zanim Damocles ujął jej podbródek wolną dłonią i bez wcześniejszego ostrzeżenia zatopił ostrze w delikatnej materii jej małżowiny. Kiedy odcinał drugą, jej oczy zaczęły powoli odwracać się białkami do góry, dlatego zdołał ją złapać zanim upadła. Włożywszy nóż między zęby, chwycił ją pod ramiona i wciągnął do chaty, rozmazując część niepotrzebnych już znaków.
~*~
Obudziła się po niecałej godzinie, szybciej niż spodziewał się że się obudzi. Kiedy przyćmionym jeszcze przez nienaturalne omdlenie wzrokiem rozejrzała się dookoła, zobaczyła Damoclesa siedzącego ze skrzyżowanymi nogami na blacie, trzymającego nieruchomą kotkę na kolanach. Nóż leżał teraz dokładnie na przeciwległym końcu izby, zamknięty w tej samej podłużnej skrzynce, choć ozdobionej teraz świeżymi splotami ochronnych glyfów - jakby mężczyzna sam obawiał się tego co dzisiaj stworzył.
Ogon kotki leniwie kołysał się na boki.
Nathair?


Komentarze
Prześlij komentarz