Od Damoclesa cd. Nathair
Damocles poderwał głowę, czując magiczne wyładowanie na linii rozciągniętej pomiędzy dwoma ochronnymi kamieniami wyznaczającymi granicę terenu, który uznawał za swój. Porzuciwszy naprawy, którymi zajmował się za domem (drewno pomostu nie znosiło dobrze bagiennej wilgoci), powolnym krokiem skierował się w stronę przysłoniętego skórami łuku prowadzącego do wewnątrz. Upewniwszy się że wszystkie ochronne znaki znajdują się na swoim miejscu, czekał.
Usłyszawszy wreszcie odgłos kroków na moście westchnął ciężko - liczył, że to tylko kolejny nieświadomy podróżny, który zrazi się rzeźbą terenu i zawróci na trakt. Mało kto tymi czasy zapuszczał się na "przeklęte" bagniska - chyba że desperaci, sprowadzający naturę jego zainteresowań do zabobonu. Tak też musiało być i tym razem. Odgłos pukania który rozbrzmiał wkrótce zdecydowanie na to wskazywał - był mocny, zdecydowany. Nie brzmiał, jakby spowodował go zagubiony podróżnik. Podszedł niemal bezgłośnie i zamaszyście otworzył drzwi, czując narastającą w sobie irytację.
- Ile razy mam wam powtarzać że nie zaj... - zaczął mówić już w momencie, w którym położył dłoń na klamce, choć przerwał, widząc postać stojącą za progiem. - Oh.
Powierzchowność Damoclesa nie była przyjemna dla oka. Był niewysokim, przygarbionym mężczyzną, o niezdrowej, zielonkawej cerze. Jego długie czarne włosy, wiecznie wilgotne od bagiennych oparów, kleiły mu się do czoła, nie zasłaniając przy tym żadnego z plugawych elementów jego twarzy. Spod prostych brwi wyglądały żółte oczy, osobliwie głęboko osadzone i podkrążone wydatnymi sińcami, a prosty, smukły nos prowadził wzrok w stronę dolnej połowy twarzy, rozoranej niegdyś jakimś ostrym, ale najwidoczniej mało precyzyjnym narzędziem - być może pazurami grubego zwierza. Górna warga, uszczerbiona znacznym ubytkiem, niemalże ostentacyjnie prezentowała światu białe szkliwo kła. Całości tego dziwacznego widoku dopełniały widoczne na skórze liszajowate plamy, odblaskujące na złoto w świetle zawieszonej przy drzwiach latarni sztormowej. Kiedy oparł się ramieniem o framugę i skrzyżował ręce na piersi część z nich zniknęła, by zaraz ukazać się znów, w nieco innym odcieniu.
- Minęło wiele lat odkąd ostatni raz widziałem przedstawiciela twojej rasy - powiedział, lustrując przybyszkę wzrokiem. Przez jej twarz przybiegła nieskrywana irytacja. - Jak tu trafiłaś?
- Zasłyszałam kilka plotek. Znalezienie cię było kwestią godzin, nie kryjesz się najlepiej.
- Plotek? Interesuje cię mój osobliwy konik?
- Bardziej twój księgozbiór.
- Ciekawe... - mruknął i wycofał się kilka kroków, przepuszczając ją w progu - Fascynujące wręcz.
Domek na bagnach był zdecydowanie większy, niż wyglądał na to z zewnątrz. Składał się prawdopodobnie z dwóch pokoi, z czego zawartość jednego pozostawała obecnie tajemnicą ukrytą za zamkniętymi drzwiami. Prostokątna główna izba w której właśnie się znajdowali, choć na papierze dość przestrzenna, sprawiała niezwykle klaustrofobiczne wrażenie, będąc z każdej strony zawalona osobliwościami wszelakimi. Znajdowały się w niej niewielki stół z pojedynczym stołkiem, drewniana szafka z ciemnym blatem, kilka ułożonych jedna na drugiej skrzyń i wysłużony siennik - a każda wolna pozioma powierzchnia zastawiona była naczyniami o dziwacznych kształtach i jeszcze dziwniejszej zawartości, stosami książek i wolnych papierzysk, barwnymi kamieniami, figurkami. Po podłodze wiły się wymalowane białą i czerwoną farbą linie, układające się w krzyżującą się sieć znaków - podobne wymalowane były też na framugach każdego z okien i drzwi - a tym, co stanowiło ich ukoronowanie był podwójny okrąg w centrum pomieszczenia, z wpisaną w niego prymitywną gwiazdopodobną figurą z okiem w centrum.
Część z tychże linii nikła częściowo pod wbudowanym w jedną ze ścian regałem, wyglądającym na na jedyny solidny mebel w tym domostwie. Był on od góry do dołu zastawiony różnych rozmiarów księgami - niektóre oprawne były jedynie w gładką skórę, niektóre mieniły się wprawionymi w grzbiety złoceniami i srebrzeniami, a niektóre wcale nie miały opraw, pożółkłe i sprawiające wrażenie nagryzionych zębem czasu. Na niektórych, niższych półkach znajdowały się też różnorakie pudełka i pojemniki, zawierające prawdopodobnie jakieś rytualne ingrediencje.
Damocles zabrał ze stojącego obok stołka realistyczną figurę kota rzeczywistych rozmiarów - takie przynajmniej sprawiała wrażenie, zanim nie odstawił jej na blat obok, dopiero wtedy bowiem poruszyła się po raz pierwszy odkąd weszli. Rzuciła gościowi spojrzenie zupełnie pustych, ale zdecydowanie żywych oczu i zastrzygła jednym uchem.
- Siadaj - nakazał.
- Postoję - odparła z niechęcią w głosie.
Damocles wzruszył ramionami, podchodząc do regału. Rzucił jej spojrzenie znad ramienia.
- Jak chcesz.
Kiedy się odwrócił, w jego dłoniach znajdowała się talia kart którą agresywnie przetasował, po czym zdjął jedną z wierzchu i odwrócił w stronę elfki. XII. Śmierć.
- Zmiana - powiedział wolno, w namyśle. Odwrócił kartę do góry nogami. - Albo porażka. Jak mogę więc ci pomóc? Czego poszukujesz? Świadectwa Szalonego Araba? De Vermis Misteriis? Króla w Żółci? - pytał, wymawiając nazwy najplugawszych ze spisanych tekstów niemalże niedbale, jakby nic nie znaczyły w jego ustach.
Nathair?


Komentarze
Prześlij komentarz